poniedziałek, 24 września 2012

Imagin#4

Hej Misiocholiki <3
Skończyłam kolejnego imagina.. Chyba może być, bo Agatka płacze.. No więc to będzie taki tam z całym 1D <3

Co to jest marzenie ? To coś, czego pragniesz, lecz jest to za daleko, byś mogła to osiągnąć. To praktycznie niemożliwe. Udaje się tylko nielicznym. Tak zwani farciarze. Wiele osób mówi, że każde marzenie jest do spełnienia. Gówno prawda. Jak można spełnić marzenie śmiertelnie chorej 15-latki, która marzy o normalnym życiu. W zdrowiu, szczęściu, no po prostu normalnie. A tak ? Każdy dzień jest był męczarnią. Od poranka, do wieczora. Potem noc. I tak od nowa, całe dnie, przykuta do szpitalnego łóżka, słuchająca dźwięków szpitalnych urządzeń i wpatrująca się w jeden jedyny obrazek na bladej ścianie, przedstawiający łąkę. Czyli coś, czego już nie zobaczę.
Dobra, może powiem w końcu coś o sobie. Mam na imię Katherine, ale wszyscy mówią na mnie Kathy albo Lola. Mam 15 lat, 11 miesięcy i 30 dni. Obecnie znajduję się w szpitalu im. Św. Jakuba w Londynie. Obok budynku, po prawej stronie jest teatr połączony z operą. Jest to przepiękne miejsce. Mama zabrała mnie tam na dziesiąte urodziny. No więc w szpitalu jestem już ponad 2 lata. Trafiłam tu  w wieku 13 lat. Diagnoza? Białaczka, w zaawansowanym stadium. Dawali miesiąc, góra dwa. Żyję o wiele więcej, jednak wszyscy wiedzą, że każdy dzień może być moim ostatnim. Jestem ulubienicą pielęgniarek. Moim życiem jest śpiew. Mówię, moim życiem, ponieważ już nic mi nie zostało. Codziennie wstaję około szóstej, chodzę po oddziale dziecięcym i budzę moich młodszych przyjaciół piosenką. Taką, jaką każdy lubi. Mała Alicia z Sali numer 313 – „Price Tag”. Scotty z 315 – „Never Say Never’’. Bliźniaczki – Chloe i Jessie z 310 – „Forever Young”. Przynajmniej daje mi to satysfakcję, uszczęśliwiam dzieci, które chociaż na chwilę zapominają o swoich chorobach. Jestem Directioner. Jest to jedno z moich marzeń. Zobaczyć ich na żywo. Ale oczywiście marzeniem numer jeden jest zdrowie. Jednak myślmy racjonalnie, i tak nie dam rady tego osiągnąć.
Był kwietniowy poranek. Jasne promienie słońca wdarły się do Sali.
-Znowu trzeba obudzić dzieciaki.-szepnęłam sama do siebie. W tej chwili wszedł do mojej Sali lekarz, jakieś ze dwie pielęgniarki, dyrektor szpitala i za nimi mała banda. Wszyscy zaczęli śpiewać ‘happy birthday’ i dawać mi małe upominki. Przeważnie były to rysunki z serduszkami i napisami ‘kochamy cię Kathy’. Zaszkliły mi się oczy. A jednak pamiętali.
-Mam dla ciebie prezent. Ale to ściśle tajne.-powiedział do mnie Dyrektor i puścił oczko.
-Rozumiem.-uśmiechnęłam się.
-No więc załóż jakiś szlafrok, Lola. Ja czekam na ciebie za 10 minut w głównym holu na parterze.
-Będę punktualnie.
Wszyscy wyszli z Sali. W tym czasie założyłam dres, włosy związałam i wyszłam do Dyrektora. Ten już czekał w umówionym miejscu.
-Gotowa?- zapytał z uśmiechem na twarzy starszy, siwy już mężczyzna.
-Zależy na co.-wygięłam usta w maleńki uśmiech.
-Na niespodziankę.
-Zawsze.
-No to idziemy. -powiedział  Dyrektor i poszliśmy w stronę części szpitala, w której nigdy nie byłam. Koło drzwi do jakiejś windy były drugie, oznaczone jako droga ewakuacyjna. Zaraz za owymi drzwiami były schody i długi korytarz.
-Proszę Pana, gdzie my właściwie idziemy ?-zapytałam lekko poirytowana i zmęczona kilkunastominutowym spacerkiem w podziemiach szpitala.
-Już prawie jesteśmy.
Faktycznie, już kawałek dalej dało się zauważyć drzwi. Dyrektor wyprzedził mnie o pół kroku i otworzył przede mną drzwi.
-Panie przodem.-uśmiechnął się.
-Dziękuję bardzo.-dygnęłam kolankiem.
-No więc, teraz musisz założyć to.-podał mi jakąś chustkę.-Zasłoń nią oczy.
Zaczęłam się serio bać. Jesteśmy pod ziemią, nikogo nie ma wkoło nas. Nikt nie wie, co może Dyrektorowi przyjść do głowy.
-Czy to konieczne ?-zawahałam się.
-Jak najbardziej.
Związałam więc chustkę na oczach i pozwoliłam się prowadzić niskiemu mężczyźnie, już powoli zsiwiałym. Usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Dalej prowadzona przez dyrektora poszłam jeszcze kilkanaście kroków, po czym zatrzymaliśmy się.
-To już ?-zapytałam, i usłyszałam niosące się po pomieszczeniu echo.
-Tak. Zdejmij opaskę z oczu.
Jak nakazał dyrektor tak zrobiłam. Moim oczom ukazało się kilkanaście rzędów krzeseł teatralnych. Widownia, lecz bez ani jednego widza. Tylko ja i dyrektor.
-Proszę pana, gdzie jesteśmy ?
-Nie poznajesz tego miejsca, Lola ? To teatr obok szpitala.
-Dlaczego tu jesteśmy ?-zapytałam z lekka zdziwiona.
-To nasz prezent dla ciebie. Każdego dnia między godziną 10 a 14 masz tę salę do własnej dyspozycji. Możesz śpiewać, ile tylko dusza zapragnie.
Przeszłam kilka kroków naprzód. Nie wierzyłam własnym oczom. Stoję na scenie Londyńskiego teatru. Wszystkie reflektory, szperacze zwrócone są na scenę. Na jedno miejsce. Na mnie.
-Zaśpiewaj coś.
-Ale co ?
-Może jakąś piosenkę tych twoich idoli. One Direction ?
-Tak, oni. To zaśpiewam „Moments”.
Zaczęłam piosenkę.
Shut the door, turn the light off
I wanna be with you
I wanna feel your love
I wanna lay beside you
I can not hide this even though I try.’
Pierwsze dźwięki wydobyły się z mojego gardła.
“Heart beats harder..”
Śpiewając tę zwrotkę usłyszałam współgrający ze mną głos.

“Time escapes me..”
Odwróciłam się i za mną ujrzałam mój zespół. One Direction.
“Trembling hands touch skin
It makes this harder..”

Te dwa wersy zaśpiewał Liam. Ja byłam zalana łzami.
“And the tears stream down my face..”
Dołączyłam się do śpiewania razem z nim. Uznałam, że to najlepszy wers w tej sytuacji, do którego mogę się włączyć.
„You know we’ll be
Your life, your voice your reason to be
Our love, Our hearts
Are breathing for this
Moment in time
We'll find the words to say
Before you leave us today…”

Refren zaśpiewali chłopcy. Zaraz po usłyszeniu ostatniego wersu osunęłam się na ziemię. Był to już koniec.





Przeczytałaś /-łeś ? Skomentuj <3    /Zuza <3

środa, 19 września 2012

So sorry + imagine#3

Hej Miśki <3
Co tam u was ? Ja przepraszam, że jeszcze nie dodałam żadnego imagina, ale nie miałam internetu na laptopie przez parę dzionków. I w ogóle to się coraz częściej z mamą kłócę ;< I przez to jestem wiecznie przybita i nie mam weny.
Ale trzeba spiąć poślady i iść dalej, no więc zaraz coś wstawię. A i dziękuję Agatko <3 Bo wyszło na to, że jesteś na tym blogu bardziej aktywna niż ja <3 I w ogóle dziękuję ci, że jesteś <3
No dobra, no to teraz może mój własny imagin o naszym loczku. Od razu uprzedzam, że nie jest napisany zbyt estetycznie, ale pisałam go już dawno, i do tego czasu nabrałam większej wprawy <3 I mimo, że niektórzy mogą powiedzieć, że on nie ma sensu, to i tak mam do niego sentyment. No nie wiem, czemu. A może dlatego, że to był mój pierwszy imagin, z którego byłam na prawdę dumna <3



Wczoraj dowiedziałaś się że jesteś w ciąży. Byłaś wniebowzięta. W końcu, jesteś z Harrym już ponad rok po ślubie. Staraliście się i dziecko i wreszcie wam się udało. Harry był tym faktem strasznie przejęty. Latał w koło ciebie, co chwilę pytał, czy niczego ci nie trzeba, czy się dobrze czujesz, kazał ci leżeć, a gdy dopadały cię poranne mdłości dzielnie trzymał cię nad sedesem. Trochę cię to już denerwowało, przecież nie byłaś chora, tylko w ciąży.
Pierwszy trymestr minął jak z bicza strzelił. Nareszcie skończyły się te poranne mdłości i lekki dyskomfort związany ze spędzaniem poranków z głową w muszli klozetowej. Twój brzusio powoli odznaczał się spod obcisłych bluzek. Byłaś z niego dumna, strasznie lubiłaś go pokazywać. A za to Harry był z niego jeszcze dumniejszy niż ty. Gdy wychodziliście na jakieś spotkania ze znajomymi Hazza za każdym razem kazał ci zakładać obcisłe bluzki, by tylko wszyscy zobaczyli, że udało wam się, jesteś w ciąży, będziecie rodzicami.!
Pewnego deszczowego poranka obudziłaś się z bardzo dziwnym uczuciem. Niby wszystko było ok, ale ty byłaś czymś zaniepokojona, bałaś się o coś. Uznałaś, że jesteś przewrażliwiona. No przecież w ciąży można mieć wahania nastroju. Jednak coś  było nie tak. Kręciło ci się w głowie, bardzo źle się czułaś. Leżałaś na kanapie, z głową na kolanach Harrego, który dzielnie głaskał cię po włosach. W pewnej chwili przeszył cię potworny ból. Wręcz zawyłaś, a z twoich oczu popłynęły wielkie łzy bólu. Harry od razu wstał i zadzwonił po pogotowie. Po chwili podbiegł do ciebie i pomógł ci się podnieść chociaż do pozycji siedzącej. Widziałaś jego zapłakane oczy. Zauważyłaś też, że krwawisz. Nie wiedziałaś, co się dzieje, zaczęłaś szlochać, ale wiedziałaś, że to na pewno coś z dzieckiem. Już po kilku minutach karetka stała pod twoim domem. Zabrali cię do szpitala. W karetce leżałaś na noszach, koło ciebie siedział zapłakany Harry. Cały czas trzymał ciebie za rękę i powtarzał, że wszystko będzie dobrze. Dojechaliście do szpitala. Zabrano cię na jakąś salę. Białe światło oślepiało cię, jednak było to światło szpitalnych lamp. Dostałaś jakieś tam środki przeciwbólowe i proszki na uspokojenie, po których odpłynęłaś. Obudziłaś się dopiero w normalnej Sali szpitalnej. Za oknem było już jasno. Czyli przespałaś całą noc. Przez załzawione oczy widziałaś tylko siedzącego koło ciebie płaczącego Harrego. Wiedziałaś już, co się stało. Harry najwidoczniej zauważył, że się obudziłaś. Podniósł wzrok, spojrzał na ciebie i z wymuszonym uśmiechem powiedział:
-Hej Słoneczko, jak się spało?
-Gdzie ono jest ? Nasze dziecko ? HARRY ! GDZIE DO CHOLERY JASNEJ JEST NASZE DZIECKO ?!-wręcz wykrzyczałaś po czym zaniosłaś się płaczem.
Harry schował twarz  w dłoniach i też zaczął płakać. Usiadł na twoim łóżku i płakaliście razem.
-Przepraszam, to moja wina. Mogłem bardziej o ciebie, o was dbać.-powiedział Harry przez łzy
-Harry, nawet tak nie mów. Widocznie tak już miało być.
-ALE CZEMU  DO CHOLERY PRZYTRAFIŁO SIĘ TO  WŁAŚNIE NAM ? CO MYŚMY ZŁEGO ZROBILI ?-wykrzyczał Harry przez łzy i wyszedł z twojej sali.
Ty zaczęłaś zanosić się płaczem i wbiłaś wzrok w okno. Przez nie widać było szczęśliwych ludzi wychodzących z budynku szpitala z nowonarodzonymi dziećmi. Ten widok jeszcze bardziej cię dobił.
<Perspektywa Harrego po wyjściu ze szpitala>
Wybiegłem ze szpitala z głową spuszczoną na dół. Chciałem się upić. Pojechałem do domu, ale po drodze wszedłem jeszcze do jakiegoś monopolowego po flaszkę. Dojechałem do domu cały we łzach. Usiadłem przed telewizorem z butelką wódki. Nie zacząłem  jeszcze pić, gdy rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Poszedłem otworzyć. Nie zdążyłem nawet jeszcze zobaczyć kto to był. Gdy tylko drzwi się lekko uchyliły usłyszałem dzikie „ CO U WAS, MAMUŚKU I TATUŚKU ?”. Wiedziałem już, że to reszta 1D. Kiedy drzwi otworzyły się do końca chłopcy ujrzeli twoją żałosną, całą zapłakaną twarz od razu zamilkli i spoważnieli.
-Jezu, Harry, co się stało? –zapytał podenerwowany Liam
-Nasze dziecko, jego już nie ma. Umarło. –powiedziałem, po czym po raz kolejny dzisiaj zaniosłem się płaczem.
-Ale jak to umarło? Boże, to okropne. A gdzie (Twoje Imię) ? Jak ona się trzyma? –zapytał Niall po czym delikatne, malutkie łezki spłynęły po jego twarzy.
-(T.I.) jest w szpitalu. –odpowiedziałem, po czym skinieniem głowy zachęciłem chłopców, by weszli do środka.
-Harry, ciebie już do końca powaliło? Twoja żona leży w szpitalu, jestem pewien, że potrzebuje twojej obecności, a ty co? Masz zamiar się uchlać i myśleć, że to wszystko załatwi ? Że po tym ci będzie lepiej? -wydarł się na ciebie Zayn
-Szczerze, nie wiem, po co to zrobiłem. Po co kupiłem tą flaszkę.
-Nie zastanawiaj się nad tym, i jedź do (t.i.), póki jeszcze nic nie wypiłeś. Jedź tam i bądź z nią 24 godziny na dobę. Ona cię potrzebuje, kretynie ! –wykrzyczał Lou.
Wsiadłem do samochodu wkurzony sam na siebie, że ją tam zostawiłem. Że zostawiłem (T.I.) samą z tym wszystkim.
<znowu wracamy do twojej perspektywy>
Leżałaś na tym łóżku i patrzyłaś w okno. Teraz jednak nie obserwowałaś, co się dzieje przed szpitalem. Patrzyłaś tępym wzrokiem w niebo. Próbowałaś odszukać w nim swoje maleństwo, którego nie zdążyłaś jeszcze nawet zobaczyć, a już zdążyłaś pokochać. W pewnej chwili do twojej sali szpitalnej wszedł Harry. Usiadł na krzesełku obok twojego łóżka i wziął cię za rękę. Popatrzyłaś na niego i wybąkałaś tylko cichutkie „Przepraszam”.
-Nie ma za co, kochanie. Jakoś sobie poradzimy. I to ja przepraszam. Zostawiłem cię tu, choć nie powinienem.-powiedział loczek
-Kiedy mogę stąd wyjść ? Mam już dosyć szpitali.-zapytałaś powoli siadając na łóżku
-Jutro prawdopodobnie dostaniesz wypis. Pojedziemy do domu. –powiedział z tępym uśmieszkiem Harry.
-To dobrze.
Cały ten dzień spędziliście na milczeniu, płakaniu i rozmawianiu o sprawach strasznie mało ważnych. Rano w końcu mogłaś jechać do domu. Jeszcze tylko zabrali cię na chwilę na profilaktykę. Harry w tym czasie pojechał po ubrania dla ciebie. Przyjechał, gdy byłaś już z powrotem w sali. Ubrałaś się i pojechaliście do domu. Weszłaś do niego i poczułaś pustkę. Niby wszystko było na swoim miejscu, a jednak czegoś ci brakowało. Po chwili zorientowałaś się już, czego. Brakowało ci ciągłego gwaru. A to Harry, pytający ciebie, czy nie jesteś głodna, lub czy niczego ci nie potrzeba, a to ty rozmawiająca z nienarodzonym jeszcze maluszkiem, którego tak bardzo kochałaś. Tego już teraz nie ma. Nie ma nic oprócz was i pustki. Usiadłaś na kanapie opierając się plecami o boczne oparcia. Harry usiadł po drugiej  stronie kanapy, położył ci rękę na kolanie powiedział:
-Kocham Cię (T.I.). Jesteś głodna?
-Nie. Nie chcę jeść. W ogóle, nic nie chcę.-powiedziałaś strasznie przygnębionym tonem.
-Ja wiem, że to co się stało strasznie boli, ale jednak trzeba żyć dalej. Musimy dać sobie z tym radę. Zobaczysz, jeszcze kiedyś będziesz biegała za naszą gromadką dzieci. –powiedział Harry próbując chociaż nieco cię postawić do pionu.
-Harry, ja nie potrafię na razie myśleć taki sposób.
-To masz zamiar już do końca życia siedzieć tutaj i rozdrapywać rany, kotku ? Tak nie wolno. Trzeba iść dalej.
-W takim razie idę się położyć.-powiedziałaś nieco wkurzona i poszłaś w stronę waszej sypialni.
Przez następne kilka, a może nawet kilkanaście dni panowała w waszym domu całkowita cisza. W końcu Harry zaczął pić. Od jednego piwa dziennie w zastraszającym tempie przechodził do kilku, potem piwo mu już nie wystarczało. Na początek pił po kilka kieliszków wódki, potem udawało mu się nawet w ciągu dnia całą flaszkę obalić. Nie rozmawialiście ze sobą. Kiedyś  w końcu, gdy Harry był jeszcze w miarę trzeźwy postanowiłaś z nim porozmawiać. Gadałaś mu, tak jak on tobie wcześniej, że nie wolno wam się załamywać. On jednak miał gdzieś twoje gadanie. Zależało mu już tylko na alkoholu. Pewnego dnia schowałaś mu wódkę i zabrałaś pieniądze. Miałaś dość oglądania, jak twój mąż zmienia się w alkoholika. Tego dnia uderzył cię po raz pierwszy. Później robił to coraz częściej. Wiedziałaś, że On nie chce cię skrzywdzić. Jemu po prostu było ciężko. Kiedyś jednak doszło do ostrej szarpaniny pomiędzy wami. Błagałaś, żeby cię zostawił, żeby cię puścił. Jeszcze chwila, a straciłabyś przytomność. Miałaś szczęście, że podczas tej szarpaniny przyjechali do was 1D. Weszli do środka i zobaczyli, jak Harry szarpał tobą i policzkował cię. Rzucili się na niego. Zaczęli go obezwładniać i lać za to, że cię bije. Ty w tym czasie pobiegłaś do łazienki na piętrze opatrzyć rany. Miałaś rozciętą wargę i skroń i kilka nowych zaczerwienień i zasinień.  Przemyłaś twarz wodą i zakleiłaś plastrem skroń.  W tym czasie do łazienki wszedł Liam, żeby sprawdzić, co zrobił ci Harry. Miałaś akurat na sobie koszulkę na ramiączkach, więc wszystkie siniaki pozostałe po wcześniejszych szarpaninach były w pełni ukazane.
-Hej, (T.I.), nic ci nie..-powiedział Liam, lecz nie skończył, gdyż zobaczył twoją całą kolekcję siniaków i najświeższe rany. Podszedł do ciebie.
-Nie, nie. Jakoś żyję.- Powiedziałaś przez łzy.
-Od jak dawna on ci to robi? –Zapytał Liam.
-Od kilku tygodni. Ale to nic. Dam sobie jakoś radę.
-Kobieto, ty nawet nie wiesz, jak mogłoby się to dla ciebie skończyć, gdybyśmy nie przyjechali tutaj. Louis, Zayn i Niall pakują go do naszego auta. Zawieziemy go do nas, położymy z dala od alkoholu, a jak rano wytrzeźwieje to damy mu wszyscy taki łomot, że nie wiem, jak będzie po nim wyglądał.-powiedział Liam.
-Nie róbcie mu nic. On cierpi.-powiedziałaś.
-Nie, to ty cierpisz.
-Dobrze, zgadzam się na ten łomot i weźcie go do siebie. Przynajmniej na razie. Muszę się trochę wykurować.
-Wróci do ciebie, kiedy uznamy, że będzie już na to gotowy. Wtedy dopiero go wypuścimy z domu.-powiedział Liam, po czym pocałował cię w czoło i wyszedł.
Gdy zeszłaś na dół nie było tam nikogo. Była tylko średnia plama krwi na kafelkach w kuchni. Wytarłaś ją szybko po czym uklęknęłaś na podłodze i zaczęłaś płakać.
Przez ponad 3 tygodnie byłaś całkiem sama w domu. Nikt cię nie odwiedzał, nikogo nie zapraszałaś. Tylko codziennie przyjeżdżał listonosz. Harry pisał do ciebie codziennie, w każdym liście przepraszając cię za to, co zrobił. Nie odpisywałaś mu. Nie miałaś ochoty. Pewnego dnia w twoim pustym domu rozległo się pukanie do drzwi. Poszłaś otworzyć. Po drugiej stronie drzwi oczekiwałaś listonosza z kolejnym listem od Harrego. Otworzyłaś drzwi i twoim oczom ukazał się Harry z bukietem róż. Zauważyłaś też, że Harry ma jeszcze ranę na czole. Pomyślałaś, że to na pewno sprawa chłopców. Liam ci obiecał. Po chwili loczek zaczął śpiewać :
Girl I see it in your eyes you're disappointed
Cause I'm the foolish one that you anointed with your heart
I tore it apart
And girl what a mess I made upon your innocence
And no woman in the world deserves this
But here I am asking you for one more chance.

Oh girl, can we try one more, one more time?
One more, one more, can we try?
One more, one more time
I'll make it better.

Łzy napłynęły ci do oczu. Nie wiedziałaś, co masz zrobić. Kochałaś Harrego strasznie mocno, ale trudno byłoby wybaczyć mu to, co ci zrobił. Dałaś mu w twarz. Postanowiłaś, że ma poczuć, jak to boli i fizycznie i psychicznie, gdy krzywdzi cię bliska osoba.
-Uderz mnie jeszcze raz. Zasłużyłem.-powiedział Harry z głową spuszczoną w dół.
-Oj, zasłużyłeś. Nawet nie wiesz, co ja przechodziłam. Nie dość, że straciłam dziecko to jeszcze wyżywał się na mnie mój mąż, i nie miałam w nikim wsparcia.-powiedziałaś, po czym łzy popłynęły ci po policzku.
-Wiem, że to już na to za późno, ale przepraszam.
-Nie, nie chodzi o to, że za późno, ale bardzo mnie skrzywdziłeś Harry i nie wiem, czy mogę ci ponownie zaufać. –wykrzyczałaś Harremu prosto w twarz.
-(T.I.), błagam cię, wybacz mi. Przysięgam, cholernie tego żałuję. Nie mogę patrzeć na siebie, nie mogę patrzeć na tego potwora, który skrzywdził tak wspaniałą kobietę.
-Harry, wybaczam ci, ale obiecuję, tak na przyszłość, nigdy w naszym domu ani nigdzie nie tkniesz alkoholu.
-Przysięgam, i błagam cię, daj mi jeszcze jedną szansę.
Zamiast cokolwiek mówić pocałowałaś go straaasznie mocno. On wziął cię na ręce i położył na kanapie w salonie. Zaczęliście się całować.
Od tego dnia ty i Harry byliście już nierozłączni. Loczek do końca życia nie tknął alkoholu. A już niecałe 2 miesiące po powrocie Harrego oczekiwaliście dziecka. Urodziły się wam piękne bliźniaki; chłopiec i dziewczynka,  Isaac i Joanne. Gdy Isaac i Joanne mięli po 7 lat urodziła się Leah, a 5 lat później na świat przyszedł Max. Byliście najszczęśliwszą rodziną na świecie, a obietnica Harrego związana z bieganiem za gromadką dzieci się spełniły, tak jak inne obietnice kiedykolwiek ci złożone.

A i jeszcze btw. Komentujcie, prosimy bardzo <3

Zuzaa <3

imagin #2

IMAGIN #2 - Harry (mieszany - smutno-wesoły)



Zdecydowanie jesień jest znienawidzoną przeze mnie porą roku. Tyle wspomnień związanych z jesienią. Tyle osób, tyle dni, których nie zapomnę, a które nie wrócą. Rozmyślałam idąc przez szary cmentarz, w ręku trzymając róże. Cztery krwistoczerwone róże. Krwistoczerwone, bo ich kolor porównuję do koloru krwi osób, których nagrobki zostaną przyozdobione takim właśnie kwiatem. Był listopadowy wieczór. Podążając cmentarną alejką, z głową spuszczoną w dół szłam niczym żałobnik, a w mojej głowie kołatały się tysiące myśli. Szczególnie nienawidziłam listopada. Za dużo dat, za dużo szram na przedramieniu. Stanęłam na chwilę, podciągnęłam po łokcie rękawy szarego płaszcza i spojrzałam na blizny. Każda oznaczała coś, jakieś wydarzenie, jakąś datę. O, przypuśćmy ta, najbliżej nadgarstka. Najstarsza szrama, 5 listopada 2008 - wiadomość o rozwodzie rodziców. Kolejne: 17 listopada tego samego roku - pożar w domu, 24 listopada - śmierć babci. Wtedy długa przerwa w czasie.. i kolejna szrama, znowu listopadowa. 13 listopada 2010 - wypadek rodziców, obydwoje zginęli. Po drodze było jeszcze kilka wydarzeń, aż w końcu najświeższa, 6 listopada 2011- śmierć ukochanego brata, jedynej bliskiej mi osoby, po stracie rodziców i babci. To właśnie dla nich niosłam te róże. Oddałabym wszystko, bym mogła ich jeszcze raz zobaczyć, przytulić. Teraz nie miałam już nikogo. Mogłam liczyć tylko na siebie.
 Usiadłam na ławeczce, przy wielkim grobowcu rodzinnym. Łzy toczyły szaleńczy pościg po moich policzkach. Starałam się przypomnieć sobie te osoby. Wszystkie razem i każdą z osobna. Przed moimi oczyma miałam już domek babci, jej bielusieńkie loczki, okalające szczupłą twarz. Zaraz później obraz ten rozmył się i moim oczom ukazali się rodzice. Kobieta i mężczyzna, około czterdziestki. Mama drobna szatynka, tata zaś wysoki, postawny mężczyzna. I wbrew wszystkiemu pasowali do siebie. Obraz przed moimi oczami znów zniknął i pojawił się nowy. Przedstawiał chłopaka. Dwudziestolatka za kierownicą BMW, które dostał od rodziców na 20. urodziny. To wtedy widziałam go po raz ostatni.
 Gdy już skończyła się projekcja jakże bolesnych dla mnie obrazów wyjęłam z kieszeni moją srebrną przyjaciółkę i przyjrzałam się jej dokładnie. Podwinęłam rękaw płaszcza i osunęłam się na ziemię, plecami opierając się o ławeczkę. Usiadłam wygodnie i delikatnie zbliżałam metal do mojej skóry.
 - Czemu to robisz? - zapytał całkiem nieznajomy mi głos. W tym momencie zauważyłam chłopaka, który siada koło mnie.
 - Czemu pytasz? Nie znasz mnie. Nie powinnam Cię obchodzić - powiedziałam nie odrywając wzroku od mojego przegubu. [przegubu - nadgarstka]
 - Masz do tego powód ? – co za głupie pytanie. Siedzę na cmentarzu, przy grobie, z żyletką w ręku, cała zapłakana. I nie ku*wa. Nie mam powodu. Tnę się, bo mi się nudzi.
 Skinęłam tylko głową na grób i przejechałam metalem po nadgarstku po którym spłynęła krew. Chłopak od razu wyrwał mi przedmiot z ręki, szybko podwinął rękaw i uczynił to samo, co ja jakieś 6 sekund wcześniej. On jednak zrobił sznytę głębiej. Widać, że nie miał wprawy. Dlatego też jego nadgarstek zaczął krwawić bardziej niż mój.
 - Czemu to zrobiłeś ? - zapytałam i z przerażeniem spojrzałam na jego zapłakaną i wykrzywioną z bólu twarz.
 - Chciałem poczuć, co Ty czujesz. A teraz chodź, musimy Cię opatrzyć - chłopak machinalnie wstał i wyciągnął w moją stronę dłoń.
 - A co z Tobą? - zapytałam.
 - Mi nic nie będzie.

 Po dotarciu do jego domu nieznajomy mi chłopak opatrzył dokładnie moją rękę, od nadgarstka wzwyż. Robił to delikatnie, muskał moją straszną dłoń wacikiem nasączonym wodą utlenioną. Ja tylko zamykałam oczy i syczałam z bólu. Nie chciałam na to patrzeć mimo tego, że gdy sobie robiłam te rany.. patrzyłam. Wbijałam swój wzrok w to co robiłam. Wtedy bólu nie czułam. Bolało mnie serce, tylko..
 - Jak się czujesz? – spytał chłopak o kręconych włosach.
 - Lepiej, dziękuję że pytasz – szepnęłam. Nie miałam siły na to by rozmawiać. Serce mi wariowało. Nigdy nie czułam tego, co czułam w tym momencie. Przyśpieszone bicie serca i dziwne łaskotanie w brzuchu, gdy on dotykał moją rękę, moją dłoń.
 - Cieszę się – uśmiechnął się lekko. Tak w ogóle to jestem Harry – wyciągnął dłoń, a ja po chwili z lekkim trudem zrobiłam to samo. Złapał ją, schylił się i ucałował. Łaskotanie powróciło.
 - [Twoje Imię] – uśmiechnęłam się.
 - Piękne.. Tak jak i właścicielka tego imienia – zachichotał, a ja się zarumieniłam.
 - Teraz ja się pobawię w pielęgniarkę! – zaśmiałam się. Po raz pierwszy od bardzo dawna.
 - Proszę bardzo – uśmiechnął się i podał mi swoją dłoń. Położyłam ją na swoich nogach i złapałam czysty wacik, który po chwili nasączyłam cieczą, która miała zdezynfekować rany.
 Z taką samą delikatnością jeździłam wacikiem po jego świeżych, krwistoczerwonych ranach.
 Chwilami słyszałam jego ciche pojękiwanie, więc lewą ręką złapałam jego dłoń i ścisnęłam, a prawą dokańczałam dezynfekowanie.
 - Skończyłam – powiedziałam i pocałowałam go w te miejsca, które sobie zranił. Zarumienił się, a gdy ja zrozumiałam co zrobiłam, sama spaliłam buraka.
 - Przepraszam.. gdy mój brat się skaleczył czy po prostu coś zrobił, ja po opatrzeniu mu ran całowałam go w te miejsca.
 - Nie masz za co. To było przyjemne – uśmiechnął się. Dwa rzędy jego białych zębów doprowadzały mnie do błogiego stanu.
 - Przepraszam, że Cię o to pytam, ale.. dlaczego sobie to robisz? – spuściłam głowę. Jeśli nie chcesz to nie mów.. Zrozumiem – złapał mnie za dłoń.
 Po chwili zastanowienia się, opowiedziałam mu wszystko, choć nigdy nikomu tego nie mówiłam. Zresztą.. nie miałam komu. Przecież byłam sama..
 Gdy kończyłam opowiadać mu tą historię, poczułam coś mokrego na mojej dłoni. Były to łzy. Łzy Harry’ego.
 - Tak bardzo mi przykro – przytulił mnie, a ja poczułam mocny ścisk w gardle, nic nie mogłam odpowiedzieć. Przez około 5 minut, siedzieliśmy wtuleni.. w całkowitej ciszy.
 Po rozłączeniu naszych ciał, pocałowałam go w policzek i uśmiechnęłam się. Nigdy nie byłam tak śmiała, by to zrobić.. Kiedyś miałam przyjaciółki, które kochałam z całego serca. Uważały, że jestem piękna, że mogę mieć każdego, ale ja nie umiałam. Byłam i nadal jestem nieśmiała. Gdy wszyscy z rodziny mnie opuścili, ja zamknęłam się w sobie. Przyjaciółki odeszły. Zostałam sama. Kompletnie sama.
 Z rozmyśleń wyrwał mnie głos Harry'ego.
 - Napijesz się czegoś?
 - Nie, będę już lecieć. I tak za długo zawracałam Ci sobą głowę – powiedziałam.
 - Nigdzie nie idziesz. Zostajesz tutaj, ze mną.
 Nagle poczułam chęć dotrzymania towarzystwa mojemu niedawno poznanemu przyjacielowi.
 - Jesteś pewien? – zapytałam już śmielej.
 - Jestem pewien tego, że mnie potrzebujesz. Dlatego właśnie się stąd nie ruszasz.
 Kiwnęłam głową na zgodę i czekałam na kawę, którą dla mnie robił. Niezbyt wygodną kanapę zamieniłam na wielką, miękką sofę i już po chwili siedziałam tam popijając gorącą ciecz. Zaczęliśmy poznawać siebie nawzajem..

 *rok później*

 Usłyszałam głośne wołanie Harry’ego.
 - Kochanie, mogłabyś zejść na moment?
 - Mogłabym! – ruszyłam w stronę schodów. No ale czego Ty ode mnie chc.. – zatkałam sobie usta ręką i zaczęłam płakać. Salon był cały w płatkach róż. Różnego rodzaju świeczki robiły jako światło.
 - Kocham Cię! – krzyknęłam, dalej płacząc ze szczęścia.
 - Ja Ciebie też – pocałował mnie i wręczył symboliczną czerwoną różę. Nie wiedziałam po co to wszystko. Żadnej rocznicy, żadnego święta..
 Uklęknął przede mną na jednym kolanie i wyjął z kieszeni pudełeczko. Zaczęłam płakać i śmiać się zarazem.
 - Czy zostaniesz osobą, z którą będę mógł przejść przez całe życie, bez ani jednej łzy smutku i sznyty na nadgarstku? Czy obiecasz, że będziesz najważniejszą osobą w moim życiu? Że kupimy kota i urodzisz mi córkę, której damy na imię Darcy i będziemy tworzyć idealna parę, do grobowej deski?
 Nie wiedziałam co powiedzieć.. Poczułam ścisk w gardle, dokładnie ten sam, kiedy pierwszy raz Harry mnie przytulił.
 - Tak! – krzyknęłam i pocałowałam go. Wystawiłam swoją prawą dłoń, która trzęsła się jakby dostała padaczki i po chwili miałam pierścionek na serdecznym palcu. Miał on zielone cyrkonie, takie jak jego oczy..
 - Mój pierwszy szczęśliwy listopad – powiedziałam i w odpowiedzi dostałam ciepłe ramiona mojego partnera.
 - Kolejny będzie jeszcze lepszy – szepnął. W przyszłym roku, w listopadzie weźmiemy ślub.
 Po moich policzkach zaczęły lecieć kolejne łzy szczęścia.
 - Obiecujesz?
 - Obiecuję - odpowiedział Harry i złączył nasze usta w kolejnym namiętnym pocałunku.

___________________

mam prośbę :) 
jeśli już czytacie naszego bloga - komentujcie. 
zależy nam na waszych opiniach ;>

Malik x

piątek, 14 września 2012

powitanie + imagin #1

Siema! Mam na imię Agata i wraz z Zuzą będę prowadzić tego bloga. Tak jak już zostało tu napisane, będą tu umieszczane krótkie opowiadania - imaginy itp.
Tak jak Zuza, mam 14 lat (23.03) i Directionerką będę do końca. do grobu. do nieba. do czasu aż znajdę swój kierunek ♥
Wszystkie pytania do mnie kierujcie na nr gg - 38400976.

No to jak, zaczynamy? :)
Pierwszy imagin, który tu zostanie dodany to także nasz pierwszy wspólny imagin :D

IMAGIN #1 - Harry (wesoły)

Z pewnością jesień jest moją ulubioną porą roku. Lubię szarość, deszcz i chłód. Lubię siedzieć na parapecie z kubkiem gorącego kakao i przyglądać się kroplom deszczu, które mozolnie spływają to szybie... Jestem typem samotnika. Mieszkam sama, nie ufam nikomu i pomimo mojego bardzo młodego wieku jestem nad wyraz poważna. Niektórzy wyobrażają sobie przeciętną 18-sto latkę, jako dziewczynę korzystającą z życia, wesołą i zwariowaną. Ja za to jestem przeciwieństwem ogółu. Ale jeszcze dwa lata temu nikt nie pomyślałby, że w wieku osiemnastu lat będę taką jak teraz. Byłam wtedy wulkanem energii, szaloną i przedsiębiorczą nastolatką, która nie usiedziała w miejscu dłużej niż 3 minuty. To zaskakujące jak ludzie się zmieniają...
Pewnego dnia szłam ulicami uśpionego chwilowo Londynu. Na ulicach nie było widać ani jednego przechodnia z powodu lejącego jak z cebra deszczu. Mi to jednak nie przeszkadzało. Lubiłam czuć krople deszczu na swojej głowie.. Usiadłam na ławce w parku i odchyliłam głowę by móc napawać się zimnem spadających z nieba kropel. Zamknęłam oczy oddając się przy tym przemyśleniom. W pewnej chwili poczułam, że krople przestały obmywać moją twarz. Otworzyłam oczy i ujrzałam stojącego przede mną chłopaka o zadziornych lokach, opadających na jego czoło. Trzymał nad sobą parasol, jednocześnie zasłaniając też mnie.

- Jesteś pewna, że chcesz tak moknąć? - odezwał się nieznajomy.
- Lubię deszcz - odpowiedziałam z pogardą. Nie pozwalałam sobie nawiązać z nim kontaktu wzrokowego.
- Ale za to chyba nie lubisz leżeć w łóżku z gorączką i zapaleniem gardła. Bo jeżeli lubisz to jesteś na najlepszej drodze żeby to osiągnąć.
- Co Ty o mnie wiesz? Skąd wiesz co ja lubię? Akurat wszystko mi jedno - rzuciłam w jego stronę spojrzenie zabójcy. Nie lubiłam ludzi, a w szczególności takich nachalnych.
- Przepraszam. Myślałem.. - zająknął się chłopak.
- Źle myślałeś. A teraz przepraszam, śpieszę się - powiedziałam, po czym zgarnęłam torebkę z mokrej ławki i szybkim krokiem zaczęłam iść w stronę mieszkania.. Gdy dotarłam nie mogłam przestać myśleć o czarującym nieznajomym. Bałam się jednak każdej nowej znajomości, więc tą też szybko puściłam w niepamięć..
Wieczór minął szybko, noc jeszcze szybciej. Obudziłam się o 9 rano. Byłam cała spocona. Moje ciało przechodziły rytmiczne dreszcze.
Było mi cholernie zimno. Wstałam, ubrałam szlafrok, ale dalej trzęsłam się z zimna. Okryłam się więc kocem i tak opatulona podreptałam do salonu. Wyjęłam z szuflady apteczkę, a z niej termometr.
- Pieprzony dupek. Jasnowidz przewidujący przyszłość, cholera jasna - zaklęłam pod nosem trzymając w ustach biały przyrząd.

W końcu termometr zaczął pikać, co oznaczało, że zakończył pomiar.
- Pierdzielę. Teraz już nawet mam zwidy – patrzyłam na mały ekranik, który wskazywał temperaturę 40.1°C – Idę do lekarza.
Zwlekłam się z kanapy i wolnym krokiem poszłam z powrotem do sypialni. Ubrałam najcieplejszy sweter, długie spodnie, zimowy płaszcz oraz czapkę. Chwiejnym krokiem zamknęłam drzwi i zeszłam po schodach w bloku trzymając się kurczowo barierki. Gdy już udało mi się wyjść z bloku zaczęłam coraz bardziej słaniać się na nogach. Miałam mroczki przed oczami. W pewnej chwili tak bardzo zakręciło mi się w głowie, że musiałam się czegoś przytrzymać. Trafiło na mosiężną ławkę. Obróciłam się i opadłam na nią zupełnie bez siły, niczym szmaciana lalka. Po chwili podszedł do mnie jakiś człowiek, chyba mężczyzna. Próbował złapać ze mną jakikolwiek kontakt. W tym mężczyźnie rozpoznałam chłopaka spotkanego wczoraj w parku. Przyłożył mi dłoń do czoła, wziął na ręce i ruszył w stronę szpitala.
- Puść mnie do cholery. Dam sobie radę – zaczęłam się wydzierać i bić chłopaka po klatce piersiowej. Zeszłam z niego i ponownie chwiejnym krokiem szłam w stronę szpitala. Nie minął moment, a znów zakręciło mi się w głowie i kolejna fala gorąca przeszła przez moje ciało. Zachwiało mną, ale miałam szczęście, że chłopak szedł tuż za mną. Złapał mnie, ustawił w pionie i powiedział:
- Pozwól sobie pomóc. Jesteś rozpalona, jak najszybciej musimy dostać się do szpitala – po czym spojrzał mi w oczy.
Zrobiło mi się cieplej. Miał taki.. troskliwy wzrok, ale nie dałam się złamać.
- Sama sobie poradzę.
Nic to nie dało. Złapał moją dłoń.
- Nie rozumiesz, że sama doskonale umiem sobie radzić? – prychnęłam.
- Właśnie to widzę.
Zrezygnowana usiadłam na którąś z kolei ławkę. Nie dałam po sobie poznać, że czuję się jeszcze gorzej.
- Dasz mi spokój? – zapytałam.
- Pozwól mi Cię odprowadzić do szpitala. Później dam Ci spokój.
- Niech Ci będzie – westchnęłam, a nadal nieznajomy mi chłopak ponownie wziął mnie na ręce.
Wdychałam jego perfumy, drażniły moje wszystkie zmysły. Ręce oplotłam wokół jego szyi i zaczęłam nucić piosenkę;
„ Baby you light up my world like nobody else ‘’
- Jesteś moją.. naszą fanką? – zapytał niepewnie.
- Ty jesteś.. ? – zemdlałam.
Zmienił się, nie poznawałam jego głosu, ani wyglądu. Loki mógł mieć przecież każdy, zielone oczy też nic dziwnego. Zasłaniał się kapturem, nie chciał na pewno żeby ktokolwiek go poznał. No i proszę, udało mu się.

Obudziłam się w gabinecie lekarskim.
- Co ja tu robię? – pytałam zdziwiona.
- Nic takiego, to tylko przeziębienie. Wypiszę pani receptę i może pani iść do domu.
Podczas choroby musi pani zostać w domu, unikać wysiłku, a najlepiej leżeć w łóżku.
Trzeba też pić dużo płynów. Pan zaopiekuje się panną [Twoje Nazwisko], prawda?
- Ni..
- Tak, oczywiście, że tak – wtrącił się chłopak.
W ciszy pojechaliśmy do mojego domu.
- Harry, dziękuję Ci za pomoc, ale  naprawdę dam sobie radę już sama – uśmiechnęłam się.
- Obiecałem lekarzowi się Tobą zająć, więc to zrobię – wyszczerzył się i ujrzałam dwa rzędy pięknych białych zębów.
- Jesteś uparty..
- No nie złość się – przybliżył się do mnie.
- Harry, jestem przeziębiona, nie chcę Cię zarazić.
- Mam to gdzieś – otworzył drzwi od mojego mieszkania i zaczął mnie nachalnie całować.
Całowałam się już wcześniej z kilkoma chłopakami, ale nie czułam tego co teraz. Mimo tego, że zrobiłam się zamknięta w sobie to pozwoliłam mu na ten pocałunek. Czułam jak zawzięcie to robi. Chciał żeby ten pocałunek był pięknym pocałunkiem, czułam to.
Uśmiechałam się pod nosem, a on dokładnie czuł, że podoba mi się to co robi więc nie przestawał. Zdjął ze mnie płaszcz i sweter. Zostałam tylko w bluzce na ramiączkach, spodniach i czapce. Butów pozbyłam się sama. Na pewno wyglądałam idiotycznie, ale w tej chwili nie przeszkadzało mi to. Oderwał się od moich ust i powiedział:
- Wyglądasz pięknie. Nawet taka zakatarzona – zdjął moją czapkę i pocałował mnie w czoło.
Nic nie odpowiedziałam tylko się uśmiechnęłam.
- Wskakuj do łóżka, a ja zrobię Ci gorącą czekoladę – musnął moje usta.
Szepnęłam tylko ciche dziękuję i zrobiłam tak jak rozkazał Loczek.
Po pięciu minutach przyszedł z kubkiem ciepłej cieczy. Opowiadał  mi o zespole, a ja patrzyłam tylko na iskierki, które migały w jego cudownych zielonych oczach.
- Kładź się spać, musisz odpoczywać – pocałował mnie znów w usta.
- Zostań dziś ze mną – odpowiedziałam na pocałunek i zasnęłam w jego objęciach.

Po miesiącu zostaliśmy parą. Uwielbiałam spędzać z nim wieczory. Wtulać się w jego tors, słuchając bicia jego serca. Uwielbiałam czuć jego dotyk na moich obojczykach, twarzy. Nasza miłość była niewinna. Mimo, że on na niewinnego nie wyglądał, to nic między nami nigdy nie zaszło. Miałam swoje zasady. Łączyła nas tylko więź naszych ust. Przyciągały się, niczym magnes, dając mi tyle czułości, ile potrzebowałam. Nigdy za dużo, nigdy za mało. Przy nim czułam się spełniona. Czułam, że spełniło się moje najważniejsze marzenie: Kochać i być kochaną.


____________________________

czekamy na szczere opinie, które możecie wyrażać w komentarzach :)
krytykę przyjmujemy tak samo jak i komplementy :3
a więc? do następnego! :*

Malik x

 Hej Bloggerowicze. Tak więc witam was na moim (trzecim już) blogu. Będę na nim zamieszczać  krótkie opowiadania (imaginy), może napiszę jedno długie, które będzie miało kilka-kilkanaście rozdziałów. Może wam opowiem coś o sobie, będzie nam łatwiej :) Okej, tak więc fakty o autorce.


1. Mam na imię Zuzanna, i nie mogę znaleźć sobie sensownego zdrobnienia dla mojego imienia.


2. Mam 14 lat (Urodzona 20 czerwca 1998).


3.Jestem fanką Conora Maynarda, Beyonce, Little Mix, Adele, One Direction. 



4. U gwiazdek POP'u cenię głos i to, w jakim stopniu szanują swoją prywatność.

5. Mam około 170 cm wzrostu.

6. Szkolna pielęgniarka uznała, że mam około 10 kg niedowagi, mimo to twierdzę, że mam uda jak wały.


7.Noszę okulary korekcyjne.


8.Mam brązowe włosy do obojczyków, z blond ombre.


9.Jestem brzydka.


10. Nie mam talentów.


11. Mam 4 psy.


12. Uważam, że Polska na tle świata jest Narnią, o której nikt nie ma zielonego pojęcia.


13. Jak byłam mała, lekarz myślał, że jestem mulatką (od białej matki i czarnego ojca) ze względu mojej ciemnej karnacji.


14. Piszę w miarę często, jak tylko mam czas.


15. Jestem fanką 'Igrzysk Śmierci'.


16. Nie przepadam za Eleanor - Dziewczyną Louisa z One Direction.



Na razie wystarczy :> Może kiedyś opowiem wam więcej o mnie. Na razie pomóżcie mi, proszę. Komentujcie, odpowiadajcie na ankiety. Podoba się blog ? Poleć znajomej/koleżance/przyjaciółce. Muszę wiedzieć, że ktoś czyta moje opowiadania.
Twitter ? https://twitter.com/Onlymemories1d  Follow ? Zawsze robię follow back.
Znajdzie się jakiś Hejter ? Z chęcią porozmawiam i wymienię się poglądami.
A tak bajdełej, TGIF Guys <3